Koty są plagą i walczą z plagą

Koty zostały udomowione najprawdopodobniej już 3,5 tys. lat temu, gdy nie znano innych metod walki z gryzoniami niszczącymi magazynowane ziarno. Przez wieki zwalczały szkodniki, chroniąc ludzi przed głodem. Ale nawet dzisiaj kraje tak zaawansowane jak Chiny stawiają na tę naturalną metodę zwalczania myszy i szczurów. Historia pokazuje jednak, że zwalczając plagę gryzoni, koty same mogą stać się plagą i spowodować ogromne straty.

Źródło: Shutterstock

Przeprowadzone w 1997 roku badania pokazały, że w Wielkiej Brytanii w ciągu sześciu miesięcy koty domowe upolowały i przyniosły do domu średnio po 11 ofiar (myszy, szczurów, ptaków, żab itp.). Naukowcy wyliczyli więc, że około 9 mln brytyjskich kotów domowych rocznie zabijało blisko 200 mln dzikich zwierząt rocznie – nie licząc oczywiście tych, którymi mruczki nie pochwaliły się przed swoimi właścicielami. Jeśli przyjąć, że na świecie jest około 220 mln domowych kotów, to liczba ich ofiar staje się naprawdę imponująca. Nie ma więc wątpliwości, że dzięki kotom wiele gospodarstw domowych jest wolnych od gryzoni i innych szkodników. Inna sprawa, że przy okazji  koty zabijają pożyteczne i chronione zwierzęta.

W Australii koty stały się ogromnym problemem. Sprowadzono je tam w drugiej połowie XIX w. Miały walczyć z gryzoniami oraz królikami, które przywiezione wcześniej przez odkrywców jako pożywienie, rozmnażały się w zastraszającym tempie. Jednak gdy królików zaczęło brakować, zdziczałe koty szybko nauczyły się, że najłatwiej jest upolować rdzennie australijskie gatunki zwierząt. W ten sposób, przy nieograniczonej ilości pożywienia, ich rozmnażanie i liczba szybko wymknęły się spod kontroli – już w pierwszych latach XX w. ornitolog E. H. Forbush i zoolog W. Rotschild pisali o kotach jako ogromnym zagrożeniu dla wielu gatunków ptaków, głównie tych rdzennie australijskich.
W ciągu kolejnych lat, dzikie mruczki zdziesiątkowały populację australijskich ptaków kakadu i doprowadziły do wyginięcia świergotki rajskiej bez możliwości odtworzenia tych gatunków na wolności. W efekcie, plaga mruczków została określona jako katastrofa ekologiczna, która trwa do dziś. Chore, zarobaczone koty żyją w koloniach liczących nawet po kilkadziesiąt osobników pustosząc całe obszary. Co więcej, w stanach Victoria i New South Wales pojawiają się coraz liczniej koty olbrzymy - podobno rozmiarami przypominające np. pumę. Z plagą stara się walczyć organizacja Trap-Neuter-Return (z ang.: Złapać-Wysterylizować/Wykastrować-Wrócić), która zajmuje się kastracją i sterylizacją oraz szczepieniem młodych dzikich kotów. Inne instytucje podejmują nawet próby odstrzału całych kolonii oraz zarażania ich śmiertelnymi wirusami.

Źródło: Shutterstock

Wnioski ze złych doświadczeń Australijczyków wyciągnęli Chińczycy. Gdy w prowincji Xinjiang szczury i myszy zaatakowały około 5,4 mln hektarów upraw zbóż, tamtejsi mieszkańcy wyłapali ponad sto żyjących w okolicy dzikich kotów. Te do tej pory były sporym utrapieniem, ponieważ roznosiły choroby i dewastowały otoczenie. Chińczycy przeszkolili je tak, aby ich obecność zaczęła przynosić im korzyści: koty zaczęły skutecznie zwalczać problem gryzoni niszczących uprawy. Aby miały gdzie się schronić, lokalne władze wybudowały specjalne zagrody oraz zapewniły im schronienie na mroźne zimy – mają je spędzać w domach okolicznych pasterzy, którzy otrzymają za to wynagrodzenie.  Kontrolowana jest również liczba urodzeń mruczków tak, aby nie stały się plagą. Takie rozwiązanie ma być wprowadzone przez władze lokalne także na innych obszarach.