Detektyw z mokrym noskiem…

Pies ze swoim czułym powonieniem, doskonałym słuchem, szybkością, siłą, refleksem, zdecydowaniem a zarazem przywiązaniem do właściciela stał się na początku XX wieku nieocenionym pomocnikiem stróżów prawa i porządku. Jednak zanim pies  został uznany za pełnoprawnego partnera policjanta, autor tego pomysłu musiał pokonać wiele przeszkód.

Współcześnie pies i policjant wydaje się naturalnym duetem. Nie zawsze tak było. Współcześnie pies i policjant wydaje się naturalnym duetem. Nie zawsze tak było. Źródło: Shutterstock

Jesienny wieczór 1897. Pruskie miasta kładą się do snu. Wiatr wieje, deszcz zacina. Na ulicach ciemno. Jednak nie wszyscy śpią. Dla niektórych są to idealne warunki do załatwiania szemranych interesów. Napad, kradzież, gwałt to ich codzienność. Złoczyńcy mają za nic majestat cesarstwa w osobach funkcjonariuszy policji miejskiej. Policjant samotnie patrolujący rewir wobec bandy jest bezbronny. Coraz częściej  staje się jej ofiarą. Wieczorem modli się, by rano wrócić cało do domu, do żony i dzieci. Na patrole w podwójnej obsadzie nie ma pieniędzy w budżecie. Inspektor policji Franz Friedrich Laufer z westfalskiego miasteczka Schwelm zgłasza urzędnikom magistrackim pomysł, aby policjanci odbywali patrole w towarzystwie psa. Zostaje wyśmiany. Pies? W mieście? W policji? Nie mieści się to w głowie ani urzędnikom, ani opinii publicznej. Przeważa pogląd, że miejsce psa jest na wsi, a nie w mieście, gdzie stwarzałby zbyt wielkie zagrożenie dla mieszkańców a funkcjonariusza ośmieszył.

Jednak napadów na policjantów jest coraz więcej. W końcu, po długich namowach, inspektor Laufer otrzymuje 500 marek, za które kupuje dwa dogi. Problem polega na tym, że pomysł to jedno a wiedza jak szkolić i wykorzystać psy w policji to drugie. Takiej wiedzy zwyczajnie inspektor nie ma. Do wszystkiego trzeba dojść metodą prób i błędów. Inspektor na szczęście w swoim zespole ma sierżanta, który niegdyś jako gajowy pracował z  psami przy ochronie swojego rewiru leśnego, więc eksperymentują w duecie.

Pierwsze dogi nie sprawdzają się. Laufer kupuje owczarka niemieckiego, ale zła passa trwa. Pies jest chory. Kolejnym psem jest dog niemiecki o imieniu Cezar. Dnia 1 października 1901 inspektor Laufer wysyła go na patrol uliczny z sierżantem Krone. Akurat wybucha  ogień na  ratuszu a tłum gapiów jest tak gęsty, że policjanci nie mogą utorować drogi dla straży pożarnej. Cezar wchodzi do akcji, głośnym jazgotem torując drogę ratownikom. Ludzie ustępują przed psią masą i zębami.

Prawdziwy przełom w spojrzeniu na psa policyjnego następuje jednak trzy lata później, gdy Cezar wraz z kolegą o imieniu Harras odnajdują mordercę-gwałciciela jedenastoletniej dziewczynki. Cezar, który udowodnił, że pies też może być detektywem zginął tragicznie w roku 1903pod kołami kolei elektrycznej. Jednak z każdym rokiem przybywało mu godnych następców. Dziennik Poznański w numerze 224 z 1909 roku donosił, że władze pruskie zorganizują ośmiotygodniowy kurs dla żandarmów, tak by nie tylko policja miejska, ale i wiejska mogła posługiwać się psami.

Imiona niektórych psich detektywów znamy z informacji zamieszczanych w prasie wielkopolskiej. Erika i  Frick z Berlina, Gryf ze Strzelna, Lux ze Śremu, Flock z Jarocina, Hans z Kłecka, Luks z Poznania, Lord z Grodziska. Ich nosy badały sprawy przeróżne.

Psy szkolono w ściganiu podejrzanych nawet... na drzewach i na dachach. Scena z pokazowego treningu brytyjskich psów policyjnych z początku XX wieku. Źródło: Mary Evans Picture Library 2008/Forum
Na duchy i złodziei

W Inowrocławiu  straszyło w pewnym domu przy ulicy Kolejowej. Drzwi zamykane na klucz ktoś niewidzialny otwierał, znikały rzeczy, ale odnajdywały się potem w innych miejscach. Wszystko to działo się pod nieobecność mieszkańców. Strach wreszcie ośmielił się tak, że wrzucił trzewik do pokoju służących. Sprowadzony tutejszy pies policyjny wskazał stracha w osobie 15 letniej pokojówki. Dziewczynka początkowo zapierała się, ale w końcu przyznała się do psoty.

W Śremie umiejętnościami węchowymi popisywał się pies Lux. Pewnemu właścicielowi dóbr zaginął portfel z kwotą 1000 marek. Wydawało mu się, że zgubił go po drodze od handlu zbożowego przy ulicy Dworcowej do swego mieszkania przy Dolskiej. Lux obwąchał rzeczy tegoż właściciela, po czym pobiegł ulicą Dworcową na ulicę Dworską do mieszkania poszkodowanego. Gdy mu otworzono, przeszukał kilka pokoi i znalazł portfel pomiędzy stosami książek. Roztargniony właściciel portfela był psu bardzo wdzięczny.

Najwięcej jednak psy pracowały przy sprawach związanych z kradzieżami. W wielkopolskim Kościanie któregoś sobotniego poranka 1912 roku na polu cukrowni odbyły się ćwiczenia żandarmów z całego powiatu. Przyjechał również powiatowy pies policyjny z Czempinia. Na życzenie dyrektora cukrowni puszczono psa w celu wytropienia tych, co to nie sieją zboża, a chcieliby z niego korzystać, nieco zbyt gorliwie chodząc na tzw. „kłoski”. Pies wnet też wpadł na ślad, za którym idąc, policjanci znaleźli w kilku domach przy ulicy Wielichowskiej znaczne zapasy żyta i jęczmienia, pochodzące z pól cukrowni.

Zagubieni na chwilę i na zawsze

Gdy w Skwierzynie w 1914 roku oddalił się od domu 3,5 letni synek tutejszego murarza i pomimo starań nie można go było znaleźć, poproszono o pomoc policjanta z psem. Pies obwąchawszy czapkę dziecka pobiegł daleko za miasto i rzeczywiście w kartoflach nad Wartą leżał chłopczyna w głębokim śnie. Ratunek przyszedł na czas.

Niektóre psy policyjne same przejawiały inicjatywę. W Krotoszynie pewnej soboty 1911 roku pies wachmistrza policyjnego spacerując ze swym panem po ulicy nagle rzucił się na przechodzącego człowieka, który na plecach niósł paczkę.  Po rewizji okazało się, że człowiek ów właśnie nielegalnie zastrzelił  w lesie sarnę.

Najwięcej emocji budziły jednak zawsze sprawy o morderstwo. Tu celował doberman Luks należący do 21 letniego wiedeńskiego studenta Jerzego Seberta. Pierwszy raz został Luks wezwany do wypadku 3 stycznia 1912 roku. We wsi Sitzendorf w Dolnej Austrii znaleziono zamordowanego wieśniaka Gartnera. Pod zarzutem zbrodni aresztowano 14 osób. Pogoda była fatalna. Kiedy Siebert z psem przybył do wspomnianej wsi zebrali się wszyscy mieszkańcy i szli za nim krok w krok. Ślad zbrodniarza ciągle się urywał a ciągnął się na wielkiej przestrzeni. Pies węsząc, wyszedł z domu, gdzie popełniono zbrodnię, skierował się ku granicy wsi, obszedł całą wieś naokoło, wrócił znowu do wsi i zaczął chodzić zygzakiem. Szedł powoli, cierpliwie, ostrożnie aż doszedł do domu 24 letniego wieśniaka Hamerschlaga, jednego z tych, którzy pod zarzutem zbrodni siedzieli w więzieniu. Kiedy podejrzanemu opowiedziano co robił po zbrodni i określono dokładnie drogę, którą przebył ten myśląc, że ktoś go widział, przyznał się do ohydnego czynu.

Potem, przy każdej większej zbrodni, morderstwie, włamaniu policja i żandarmeria stale wzywały Seberta i jego podopiecznego, który zawsze wykrywał zbrodniarza, choć nieraz musiał pracować 6, 8 a nawet 10 godzin aż do zupełnego wyczerpania. W ciągu roku 1912 Luks wytropił 71 sprawców.

Do Warszawy pierwsze psy policyjne zawitały w 1911 roku. Z Kolonii sprowadzono 4 dobermany i 2 owczarki. Psy pojechały najpierw do Petersburga, gdzie tresurą ich do tropienia przestępców zajmował się Paweł Czuchnienko, który z kolei ukończył specjalne kursy w zakładzie hodowli psów policyjnych w Düsseldorfie, a potem oddelegowano go do Warszawy celem zorganizowania tu armii psów policyjnych. Ponieważ dwie warszawskie suki były szczenne, w roku następnym psi oddział liczył już 19 bojowników. Psy  w pierwszej chwili umieszczono w pustym budynku na polu wyścigowym przy ulicy Kaliksta, a potem na tyłach terytorium Dynasów, od strony ulicy Tamki. Zbudowano psiarnie, gdzie każdy zwierzak otrzymał oddzielne, własne pomieszczenie, wygodnie urządzone i wentylowane. Cały obszar przeznaczony dla tresury ogrodzono, okalając go siatką drucianą.

Za najlepsze do tropienia uważano pinczery Dobermana, gdyż „są czujne, wierne niezmiernie, przywiązane, doskonale aportują na lądzie i w wodzie, są zacięte w ataku i wytrwałe w obronie; bardzo odważne, ale łagodne, zatem nie zaczepiają bez rozkazu pana; z innymi psami i zwierzętami żyją z dobrem porozumieniu i godzą się łatwo”.

Po kilku miesiącach warszawskie psy wyszkolone zostały doskonale: przesadzały z największą łatwością, bez rozpędzania nawet siedmio łokciowej wysokości parkany; odszukiwały  bez problemów zarówno przedmioty osób jak i same osoby, kierując się jedynie zapachem. Również w 1911 roku z Tuły sprowadzono do Warszawy psa policyjnego wartości 500 rubli, przeznaczonego specjalnie do wykrywania kradzieży kolejowych, które w tym okresie przybrały ogromne rozmiary. Pies ten wraz z kolegą z Petersburga służył w żandarmerii kolejowej.

Nawet patrol motocyklowy mógł mieć swojego psa policyjnego. Tutaj - funkcjonariusz z Niemiec Wschodnich ze swoim psem na patrolu. Źródło: © Bettmann/CORBIS
 W okresie międzywojennym najlepszym psem policyjnym w państwie polskim była przypisana do XVI komisariatu policji w Warszawie suka czystej krwi alzackiej o imieniu Dolly-Bolly. Karmiono ją bardzo intensywnie. Zjadała dziennie 4 kilogramy koniny z kaszą jęczmienną. Czteromiesięczny kurs dla psów policyjnych w Poznaniu ukończyła jako prymuska i została zaliczona do najwyższej kategorii  „A”.  Sunia ta na pozór łagodna i nieszkodliwa, atakowała każdego na rozkaz swojego pana z niesłychaną zaciekłością. Jeśli usłyszała strzał rewolwerowy, skakała na strzelającego, natychmiast odbierała mu broń i przytrzymywała. Ale jeśli strzelał pan, Dolly cierpliwie warowała.

Rozpoznawała zarówno przedmiot  należący  do danej osoby, jak i osobę należącą do przedmiotu. Z całej grupy osób wskazywała zawsze tego, którego specyficzny zapach wchłonęły jej delikatne nozdrza. Nie wzięła strawy, dopóki nie podał miski jej pan i to lewą ręką. Przesadzała bez zbytniego wysiłku przeszkody na 2,8 metra wysokie.

Przy tymże XVI komisariacie policji na warszawskim Mokotowie mieściła się szkoła tresury psów Policji Państwowej pod kierunkiem starszego przodownika Wacława Lange. W celu polepszenia rasy skrzyżował on prymuskę Dolly z prawdziwym wilkiem z praskiego ogrodu zoologicznego. Na świat przyszły dwa szczeniaki. Uchował się jeden – Vermouth. Do roku był jak inne psy. Potem wilcza natura wzięła górę. Kilkakrotnie dostał chłostę za rzucanie się na ludzi, wreszcie przywiązano go łańcuchem do budy. Budę pogryzł a na jej miejscu wykopał sobie wilczą jamę. Pewnej nocy zerwawszy się z obroży uciekł w pole w kierunku Wilanowa. W Pyrach udusił gęś jakiemuś gospodarzowi. Zbiega odnaleziono. Przy pomocy kawałków mięsa zdołano go przywabić. Gdy przodownik Lange zbliżył się, Vermouth poszarpał mu cholewy butów, zaś innemu policjantowi skoczył do gardła.  Syn wilka nie chciał być psem policyjnym. Padł od strzału z pistoletu.

ŹRÓDŁA: Deutsche Polizei. Zeischrift der Gewerkschaft der Polizei, Nr 8/2007, s. 7; http://gsd-gebrauchshund.blogspot.com/; Postęp , Nr 229/1903; Postęp, Nr 222/1911; Postęp, Nr 40/1914; Postęp, Nr 172/1912; Postęp 157/1914; Postęp 261/1911; Łowiec polski, Nr 24/1913; Łowiec Polski, Nr 13/1912; Łowiec Polski, Nr 17/1911; Łowiec Polski, Nr 28/1928; Łowiec Polski, Nr 8/1929;

z pazurem butik zpazurem.pl z pazurem
z pazurem z pazurem z pazurem z pazurem z pazurem
z pazurem