Babciu, mam kota ... cz. XII

Źródło: Redakcja

-Bąbel! Wracaj!- zawołał Marcel widząc, że „narysowany kumpel” zaczął bardzo szybko się oddalać.

-No co? Chciałem sprawdzić, czy na dole jest bezpiecznie.

-Razem sprawdzimy.- chłopiec pogroził mu palcem –Chcesz zostawić mnie samego?

-Czy moje towarzystwo nie liczy się dla ciebie?- obruszył się Cezar.

-Nie o to chodzi, nawet się cieszę, że jesteś. Ale to twój świat, my obaj jesteśmy tu obcy.

-Oni też,- spojrzał na bliźniaków –ale oni się czują przy mnie bezpiecznie.

Marcel popatrzył na bliźniaków –Barcik, Kubik , jak wam się to podoba?

-No, podoba.- odpowiedział Kubik.

-Co za gaduły.- Marcel spojrzał krytycznie na chłopców –No to widzę, że zapowiada się świetna zabawa.- dodał ponurym głosem.

-Nawet nie wiesz, jak świetna.- dorzucił Cezar schodząc dostojnie po schodach.

-I znowu schody w dół. Mało było tamtych.- mruknął chłopiec –Ty, Bąbel! Liczyłeś tamte schody?

-Tak ,tak.

-Ile ich było?

-Dużo.

-Ciekawe, ile tych będzie.

-Równy tysiąc.- odpowiedział Cezar nie patrząc na Marcela.

Schody były bardzo męczące, bo stopnie nie mierzyły sobie więcej niż dziesięć centymetrów każdy. Chłopiec zauważył, że były dokładnie dopasowane do długości kroków Cezara.

-Na dole posilicie się, oddacie, co macie oddać i brama zostanie wam otwarta.- powiedział kot.

-Ale ja nic nie mam!- zaprotestował Marcel –A bliźniakom kazałeś wszystko zostawić na górze, znaczy, w tamtej komnacie.

Cezar spojrzał na Marcela z politowaniem.

-Aaaa!- chłopiec teraz dopiero zrozumiał, o co chodzi –Oczywiście. Trzeba będzie.- i spojrzał na bliźniaków –Hej, chłopaki, przecież umiecie mówić. Opowiedzcie coś o sobie.

-A co chciałbyś wiedzieć?- spytał Barcik.

-Macie jakieś zainteresowania?

Nagle obaj się ożywili.

-O tak, mamy.- odpowiedział Barcik – Mówiliśmy ci, że wujek czasami pozwala nam obserwować, jak się mumifikuje zwłoki? No i wiesz, czasami coś upadnie na podłogę, to my to …

-Zaraz, zaraz.- Marcelowi zrobiło się niedobrze –A może tak bliżej … na przykład, tematów artystycznych?- zaproponował –Umiecie rysować, malować, lepić coś z gliny, rzeźbić? Albo chociaż coś w tym rodzaju?

-A też!- teraz odpowiedział Kubik –Ja na przykład narysowałem, jak się wyciąga przez nos …

Teraz Marcel poczuł już, że za moment zwymiotuje –Chwila!- powstrzymał dalsze słowa chłopca –Czy poza takimi zainteresowaniami macie jeszcze jakieś inne? Ulepiliście może dla mamy chociaż jeden garnek?

-Ulepić to może nie, ale wiemy do jakich garnków wkłada się wyjęte …

-No nie!- Marcel złapał się za usta czując, że zaraz mu się cofnie –Czy was tylko "tooo" interesuje? Nie gracie w piłkę nożną? W koszykówkę? W ręczną? W siatkę?

-A co to takiego?

-Ufć.- Marcel potarł czoło -Nareszcie normalne słowa.- z nieskrywaną ulgą zapalił się do tłumaczenia –Do każdej z tych zabaw potrzebne jest coś okrągłego …

-Aaaa!- uśmiechnął się ze zrozumieniem Kubik –Może być czaszka?

-Cezar!- Marcelowi opadły ręce –Skąd ty ich wziąłeś?

Ale kot tylko rzucił spojrzenie w stronę chłopca i nic się nie odezwał.

-Mówiąc „coś okrągłego” miałem na myśli piłkę.- Marcel powiedział to bardzo wolno i wyraźnie –Jest okrągła, miękka i …

-No to można wziąć pęcherz …- zaczął Kubik.

Nie, nie, nie!- Marcel nie wytrzymał –Wystarczy!- złapał się za głowę i szybko dodał –Mowa jest srebrem, ale milczenie złotem. Nie mówcie już nic, już wiem, co umiecie.

-Dużo umiemy.- z dumą powiedział Kubik –Nasz tata mówi, że jesteśmy mistrzami …

-Dobra, dobra. Lepiej nie mówcie, czego jesteście mistrzami. Nie mówcie już nic. Nie można dwóch rzeczy na raz. Jeszcze któryś przez nieuwagę się potknie i sturla po schodach. A przecież nie chcemy tego. Prawda?

-No pewno.- odpowiedział Barcik z przekonaniem.

-Bardzo mi miło, że zgadzacie się ze mną. Jak wrócę do domu, to wezmę … coś, co na pewno wam się przyda i z Bąblem wpadniemy do was w odwiedziny. A na razie skupmy się na bezpiecznym schodzeniu. W milczeniu.

Marcel był naprawdę przerażony –A ja myślałem, że to matematyka jest straszna.- mruknął do siebie -Chyba nie chciałbym chodzić do tutejszej szkoły.

Właśnie znajdowali się w połowie schodów, gdy nagle wokół pojaśniało i pod ciemnym sklepieniem pojawiło się dużo przelatujących, świetlistych obiektów. Wyglądały trochę jak spadające gwiazdy, ale, gdy Marcel się przyjrzał, dostrzegł, że nie były bez „zawartości”, każdy obiekt posiadał swojego pilota. Panował w tym jednak pewien bałagan, wyglądało na to, że obiekty nie poruszały się według żadnych zasad, zwłaszcza pierwszeństwa. Wykorzystywały każdą wolną przestrzeń i, mimo, że poruszały się z ogromną prędkością, nie spowodowały żadnego wypadku, ani nawet stłuczki.

-Cezarze,- Marcel zwolnił, żeby nie spaść, bo stąpał na wyczucie –Czy może jakieś słowo wyjaśnienia?

-A w twoich czasach nie korzystacie z … urządzeń przemieszczających?

-Owszem, korzystamy, ale … z innych.- Marcelowi było głupio przyznać się, że tyle lat „postępu technicznego” i tak naprawdę wygląda na to, że …cofnęliśmy się w rozwoju. -Czy oni lecą skądś dokądś, czy tylko latają tak sobie, dla zabawy?

-W tej chwili jest czas przepustu dla mniejszych pojazdów. Spieszą się, bo muszą zdążyć.

-A macie jakieś rejsy wycieczkowe?

-Co to znaczy?

-To takie przejażdżki dla turystów, na przykład tak jak dla mnie, dla bąbla, dla … bliźniaków.

Kot aż zatrzymał się na chwilę, popatrzył na Marcela, na latające obiekty i ruszając dalej odpowiedział –Pomyślimy.

-No fajnie,- pomyślał Marcel –wyszedłem na kmiotka.

-Ty,- Bąbel podleciał do Marcela ucha –potrzebne ci to latanie? Chcesz, żeby nas gdzieś wy …transportowali? Mnie już się pokręciło, nawet nie jestem pewien, gdzie jest prawo, a gdzie lewo. Żadnych kierunkowskazów, żadnych nazw ulic, numeracji …

-A co ty chcesz tu numerować? Schody?

-Jesteś pewien, że chcesz się zapisywać na dodatkowe atrakcje? Nie wystarczy nam rozrywki tam na dole? Przyglądałeś się, co teraz już widać? Nie? No to popatrz.

Wielki Labirynt był coraz bliżej. Pozostało już niewiele stopni i to, co z góry wcześniej wydawało się placem zabaw, teraz zaczęło przybierać coraz większe i poważniejsze kształty. Przestawało wyglądać jak zabawki, a mury labiryntu miały wysokość kilku metrów i już nie były murkami do przeskakiwania.

Marcel rozglądał się za jakimś bufetem, sklepikiem, czy chociażby stołem z kanapkami, gdzie można byłoby się spodziewać obiecanego poczęstunku. Jednak nic takiego nie dostrzegł i zaczynał być rozczarowany.

Wreszcie pokonali ostatnie stopnie i stanęli na równym.

Kot podszedł do muru obok wielkiej bramy i gdy usiadł przy nim, na ścianie pojawił się zielony, świetlisty zarys wejścia. A gdy wszyscy z ciekawością zbliżyli się do niego, parę metrów obok pojawił się drugi zarys, tym razem oznaczony na czerwono.

-Proszę się odświeżyć, ja poczekam przy wyjściu.- powiedział Cezar i powolnym krokiem przemaszerował w stronę czerwonego zarysu.

Marcel wszedł jako pierwszy.