Babciu, mam kota ... cz. VII

Źródło: Redakcja

Marcel popatrzył uważnie na kota.

-Którędy chcesz wchodzić „gdzieś”? Tu nie ma żadnego …

-Przyjrzyj no się. Stoisz po środku. Gdzie ukryłbyś …, powiedzmy, tajemne wejście?

-Nooo, gdzieś w ścianie.

-Dlaczego?

-Bo tak ludzie wchodzą, pionowo. Otwierają przed sobą drzwi i wchodzą wejściem.

-Słuszna uwaga, ale mało logiczne rozwiązanie. Każdy by znalazł. Mówimy o ukrytym wejściu.- odpowiedział z politowaniem kot. –Ale nie będziemy czekać aż z mozołem coś wydedukujesz. Powiem ci. My koty jesteśmy takie ważne, bo potrafimy otwierać te wasze żałośnie tajemne przejścia. Tak naprawdę wystarczy być kotem, żeby patrząc w wasze oczy dowiedzieć się więcej niż wy sami wiecie. Ciekawe czy wpadłbyś na to.

Kot, tak jak siedział obok Marcela, w dwóch susach znalazł się przed sarkofagiem. Wskoczył na niego, odbił się mocno wyskakując na wysokość około dwóch i pół metra w stronę ściany znajdującej się za sarkofagiem i celując czterema łapami, każdą w konkretny punkt, wcisnął cztery niewielkie kostki. Spadł na podłogę za sarkofagiem i przez chwilę nie było go widać.

Dopiero teraz Marcel zauważył, że coś takiego tam się znajdowało. Mimo, że wcześniej bardzo dokładnie obejrzał ściany, tego nie dostrzegł.

Kot ponownie wskoczył na sarkofag, usiadł na nim i ziewnął.

-Nie wiem, o co ci chodzi.- Marcel rozłożył ręce –Poskakałeś sobie, no i fajnie, ale nic się nie …

W tym momencie poczuł lekki wstrząs pod nogami.

-Co jest?- zaniepokoił się –Może powinniśmy wyjść nie robiąc paniki.

-Otwierają się .. kot przymrużył jedno oko i dokończył –drzwi.

Dało się słyszeć głuche stęknięcie i pod sarkofagiem pojawiła się niewielka szczelina, po czym cały zaczął się podnosić. Dopiero wtedy kot zeskoczył na podłogę, usiadł obok Marcela i jakby nic się nie stało zaczął lizać łapkę.

Marcel stał oniemiały, serce mu biło jak oszalałe, a nogi z wrażenia odmówiły posłuszeństwa i nie mógł się ruszyć. Patrzył, jak szczelina się powiększa i dodatkowo zaczął się bać, że coś może się z niej wydostać. Oglądał przecież różne filmy o próbach penetracji grobowców i najczęściej śmiałkowie mieli do czynienia z przeogromnymi ilościami paskudnych robali. Właśnie wyobraził sobie, jak atakują go tysiące kudłatych pająków.

-Rany! Chodu w krzaki!- odwrócił się, żeby w trybie natychmiastowym uciec przed nimi, ale zderzył się czołem z Bąblem.

-A ty dokąd?

-Stamtąd zaraz wylezą jakieś ohydne, potworne robale!

-I co? Myślisz, że kot nie zwiałby pierwszy gdyby rzeczywiście miało coś stamtąd wyjść?

Marcel popatrzył na Bąbla, odwrócił się, spojrzał na kota, przykucnął i sprawdził, czy coś nie wyłazi z coraz większego otworu. Ale gdy zobaczył znudzoną minę Cezara, uznał, że przynajmniej na razie nic mu nie grozi. Do tej pory sarkofag uniósł się na wysokość około pół metra i podnosił się dalej. Co było w tym najdziwniejsze to to, że z otworu, który pojawił się w podłodze sączyło się delikatne światło. Marcel nie wytrzymał, ciekawość ruszyła go z miejsca i podchodząc bardzo powoli, ostrożnie zajrzał do wnętrza. Znajdowały się tam schody prowadzące w dół. Bąbel natychmiast znalazł się tuż obok jego głowy.

-Ale numer!

Marcel pokiwał głową. –Ta. Będzie numer, jak nas ten grobowiec pogrzebie.

-No co? Nie chcesz wejść? Nie chcesz zobaczyć co tam jest?

Marcel spojrzał na bliźniaków. Obaj stali z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami.

-Widzę, że tutaj jeszcze was nie było.

W odpowiedzi tylko pokręcili głowami.

-Jakby byli, to już nie byłoby tajemne wejście.- stwierdził kot i zaraz spytał –No to jak będzie? Wchodzicie czy się wycofujecie?

-Sam nie wiem.- Marcel wyprostował się.

W tej chwili podnoszenie sarkofagu ustało, zatrzymał się na wysokości około półtora metra. Bliźniaki popatrzyły na siebie, na kota i upadli przed nim na twarze. Kot spojrzał na nich łaskawym wzrokiem, podszedł do pierwszego stopnia i powiedział.

-Proszę za mną.

I nie oglądając się na Marcela zaczął schodzić w dół.

Bliźniaki pozbierały pakunki, podniosły lektykę i bez ociągania ruszyli za kotem.

-Rusz no się.- mruknął Bąbel –Bez ciebie przecież tam nie pójdę.

Marcel jeszcze chciał coś powiedzieć, ale tylko machnął ręką i upewnił się –Jak coś to … przeniesiesz na zewnątrz?

-Tak.

-A niech tam. Raz kozie śm…- popatrzył na Bąbla i nie chcąc „wypowiedzieć w złą godzinę” dokończył -zwiedzanie piramid.

Podszedł do otworu, popatrzył na schodzących bliźniaków i sam ruszył za nimi.